Pokazywanie postów oznaczonych etykietą NAJTANIEJ. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą NAJTANIEJ. Pokaż wszystkie posty
Mając wolny weekend, współlokatora 25 letni samochód i kilka groszy w portfelu zdecydowaliśmy się odwiedzić Węgierskich bratanków. Wraz z Kasią zapakowaliśmy do 25 letniego Peugeota 105  dwójkę znajomych, bety na 3 dni, trochę jedzenia i wyruszyliśmy w drogę. Z Krakowa do Budapesztu jest ok. 400km lecz droga do łatwych i szybkich nie należy. Po przekroczeniu granicy ze Słowacją ma się uczucie że z tego państwa nie wyjedzie się nigdy. Autostrad brak, drogi ciasne lecz z małym natężeniem ruchu, wiele krętych odcinków przez lasy. Jako że nie należymy do osób które tracą czas zdecydowaliśmy się wyruszyć późnym wieczorem co przysporzyło nam dodatkowych przygód właśnie na Słowacji.  Pokonując kolejne kręte odcinki w środku lasu wyskoczył nam przed maskę wielki Łoś. I w tym przypadku mój Anioł Stróż zadziałał i nie doszło do tragedii. Jakimś dziwnym trafem łoś zatrzymał się na prawym pasie ciasnej ulicy a ja hamując dość ostro, z okrzykiem japie...le zatrzymałem się idealne obok wielkiego stworzenia. W samochodzie nastała przerażająca cisza ponieważ  nigdy wcześniej nikt z naszej grupy nie miał do czynienia z takim zwierzęciem szczególnie że stał idealnie  obok nas i też przerażonymi oczami zerkał nam w boczną szybę. Po chwili paraliżu odjechaliśmy w pośpiechu na najbliższy parking, wypaliłem 3 papierowsy pod rząd i ruszyliśmy w dalszą drogę.
Po przekroczeniu granicy Węgierskiej droga na Budapeszt jest ładna i prosta. Z granicy do stolicy jest ok. 100km.

Hostele i inne tego typu miejsca do przenocowania są dość tanie i ogólnie mieszczą się niedaleko centrum. Większość posiada parking oraz są w niedalekiej odległości do metra. Próbowaliśmy znaleźć  hosta z Couchsurfingu lecz niestety się nie udało. Nie wiem czy nie mieliśmy szczęścia do hosta z możliwością przenocowania 4 osób czy po prostu jest tam ciężko o taką osobę. Ceny hosteli są w granicach 10-25zł w zależności od standardu pokoju. My wybraliśmy pokój 4 osobowy (2 piętrowy), koszt 16zł od osoby. Jeśli chodzi o rezerwacje miejsc polecam kilka fajnych i przejrzystych stron z możliwością filtrowania ceny, jakości itp. * booking.com -możliwość rezerwacji bez karty kredytowej *hostelworld.com *hostelbookers.com *hrs.com


Budapeszt jest miastem dość dużym.  By sprawnie zwiedzać miasto musimy korzystać z metra i komunikacji miejskiej. Bilet jednorazowy kosztuje w granicach 300- 350 HUF więc najlepszą opcją jest kupienie biletu cało dniowego, koszt 1600 HUF  lub biletu turystycznego na 3 dni, koszt ok. 4000 HUF. My jako osoby ciągle kombinujące pierwszego dnia kupiliśmy 2 bilety całodzienne na 4 osoby i korzystaliśmy z nich cały wyjazd. W metrze kanary to rzadkość. Bardzo często przed wejściem do metra stoją dwie lub więcej osób. Nie zauważyłem by kontrolowali ludzi, macha się bilecikiem i idzie dalej, na niektórych stacjach prowadzą kontrolę osób wychodzących z metra lecz na to też jest sposób - po prostu trzeba pojechać dalej;). Inaczej sytuacja wygląda w tramwajach i autobusach, tam kontrolę biletową przeprowadzają panowie w mundurach którzy najczęściej wchodzą przednim wejściem.

Miasto przecina rzeka Dunaj która jest naturalną granicą miedzy zachodnią( Buda )  i wschodnią ( Peszt) częścią miasta. Najoptymalniej zacząć od zwiedzania Wzgórza Zamkowego. Polecam dostać się tam kolejką do której wsiada się na placu Clark Ádám tér ( nawet jeśli kolejka będzie duża polecam poczekać bo wejście na do zamku trochę zajmie i bardzo zmęczy ).  Gdy dostaliśmy się na na Wzgórze Zamkowe od razu skierowaliśmy się w stronę zamku gdzie można zrobić naprawdę imponujące zdjęcia. Trzeba zobaczyć  Zach. plac z pomnikiem Csikosa, Fontannę Macieja, Dziedziniec Lwów, Południowe mury obronne zamku, Wschodnie tarasy gdzie zobaczymy najładniejszy widok na panoramę Pesztu.



Dalsza droga kieruje nas w stronę starego miasta gdzie po drodze możemy zobaczyć kościół Macieja oraz baszty rybackie oraz siedzibę prezydenta Węgier. Polecam zatrzymać się na Basztach i wypić piwo oraz rozkoszować się widokami. Dla amatorów fotografii polecam też wybrać się  tam wieczorem chociażby dla samego parlamentu.




Po Wzgórzu Zamkowym zdecydowaliśmy się coś zjeść na mieście by mieć siłę na nocne zwiedzanie imprezowej części miasta. 
Jaka jest węgierska kuchnia?? Ostra! Coś idealnego dla mnie. Jako że jestem osobą która bardzo lubi każdy rodzaj ostrości w daniu zakochałem się w węgierskich potrawach. Do prawie każdej potrawy dodawane są czerwone papryczki chilli które są do kupienia na każdym roku. Taki sznur papryk jest też idealny na prezent, koszt to ok 10zł w zależności od miejsca gdzie je kupimy. 
Będąc w Budapeszcie nie wyobrażalne jest nie spróbowanie ich tradycyjnego gulaszu z kluskami. Godna polecenia jest też zupa gulaszowa oraz faszerowana papryka a wszystko popijane tradycyjnym winem Tokaj lub piwem. 





Drugi dzień zwiedzania zaczęliśmy dość późno ze względu na to że nocne życie porwało nas dość mocno. Po ogarnięciu się co było dość wielkim wyzwaniem wyszliśmy z hostelu kierując się w stronę mostu Małgorzaty. Pierwszym punktem zwiedzania była Wyspa św. Małgorzaty. Miejsce idealne na spacery, w każdych przewodnikach opisywane jako najpiękniejsze w całym Budapeszcie. Drugim punktem na mapie był Plac Bohaterów. Dla Węgrów ten plac ma duże znaczenie ponieważ Pomnik Tysiąclecia został wzniesiony z okazji tysięcznej rocznicy powstania państwa, przy okazji robi wrażenie.  

Za pomnikiem rozciąga się park. Gdy pytaliśmy się przechodniów jak ten park się nazywa odpowiadali że nijak, to zwykły miejski park. Bardzo fajne miejsce, dużo zieleni, ptaki, ławeczki i piwo. Tak właśnie piwo. W większości krajów które odwiedziłem nie ma zakazu spożywania alkoholu w miejscach publicznych, tym bardziej ten zakaz nie obowiązuje na Węgrzech!! Jako że nie chcieliśmy mieć problemów, a pić się chciało, zapytaliśmy przechodzącego policjanta czy można pic. Pan policjant popatrzył na mnie ze wzrokiem mówiącym -Gościu gdzieś ty się uchował!? Odpowiedział czemu niby nie i sobie poszedł. Park bardzo przypadł nam do gusty i to nie ze wzglęgu że można legalnie pić na świeżym powietrzu ale dla tego że był przepiękny. Znajdowało się w nim staromodne wesołe miasteczko, jezioro w którym można popływać łódką a zimną podobno pojeździć na łyżwach. Gdyby tego było mało na terenie parku znajduje się bardzo fajny nie za duży zamek.  Zamek Vajdahunyadvar z 19 wieku jest też bardzo ważnym punktem na mapie dla osób lubiących popstrykać ładne zdjęcia. 

Chcących zobaczyć więcej zdjęć zapraszam do galerii ;) 






Każdy kiedyś bardzo potrzebował pieniędzy, szczególnie student w czasie wakacji. Pewnego lata wpadło mi do głowy by wybrać się za granice do pracy. Gdzie? Oczywiście Holandia! Dużo polaków, kilku znajomych było i sobie chwalą, do tego Kofiki (tzw Coffeeshopy) i Smarty ( smartshopy). Do pracy nie jest trudno się tam dostać.  Koło 2 dni szukałem ofert, przeglądałem fora i opinie. Wybrałem polskie biuro z siedzibą gdzieś na Śląsku. Wymóg był by przyjechać do biura osobiście, przygotować komplet dokumentów i zaliczkę na transport busem w jedną stronę. Jako że byłem tak bardzo zmotywowany wybrałem się tam z moją dziewczyną i jej koleżanką następnego dnia, pociąg w nocy więc jesteśmy na miejscu z samego rana. Na miejscu dowiedzieliśmy się że obowiązuje stawka wiekowa ( czym młodsza dusza tym mniej euro na konto spływa za tą samą prace) i 3 dni oczekiwania do wyjazdu do kraju pięknych tulipanów. Ja jako osoba która żadnej pracy się nie boi zdecydowałem się od razu... jak się później okazało sam. 
Jak sie spakować do pracy za granicą? Dość prosto. Jak najmniej ubrań, 2 pary ubrań roboczych, buty robocze z utwardzanym czubkiem, kartę bankomatową w walucie euro ( da się wyrobić w większości banków) iii tyle jedzenia ile jesteś w stanie unieść.  Jeśli pracujesz za granicą kupisz wszystko czego potrzebujesz, od ubrań po kosmetyki, wszystko jest tańsze i wybór jest dużo większy ale jednego ciężko kupić- jedzenia z Polski. Chleb kupisz na miejscu tylko tostowy, wędlina pocięta i pakowana, wszystko inaczej smakuje. Oczywiście w Holandii są Polskie sklepy tylko są stosunkowo droższe i czasem trochę oddalone. Wylądowałem w Holandii, busiarz podwiózł mnie pod sam domek gdzie od razu zostałem przywitany... wiadrem.  Różne historie krążą o warunkach w jakim mieszkają Polacy w Holandii i w większości przypadków jest to racja. Ja trafiłem do fajnego domku w miejscowości Harderwijk, dość dużego, osób mieszkających było 9. 

































Praca za granicą łatwa nie jest. Każdego obcego traktują inaczej niż swoich, przydzielają do najcięższej/ najgorszej pracy. W Holandii bardzo popularny jest system "potrzebujesz pracownika? Zadzwon!", czyli jeśli Pan Mietek potrzebuje osób do plewienia pola dzwoni, jeśli firma spedycyjna poszukuje osób do pakowania tira na nagłe zamówienie dzwoni. Kila czołowych firm oferuje na terenie całej Holandii pracę w każdej dziedzinie najczęściej osób ze schodu, i właśnie ja do takiej trafiłem ja. Na początku skacze się z pracy do pracy w poszukiwaniu czegoś stałego, czasami trafiało się na firmę która potrzebowała pracowników na dłuższy okres lub po prostu zauważyły fajnego pracownika który mógłby się przydać. Pracowałem w różnych miejscach, sadziłem sadzonki w dziwnym traktorze, odchwaszczałem pola, zbierałem czosnek, pakowałem tiry aż trafiłem do w miarę stałego miejsca pracy. Firma zajmowała się sprzedażą mleka w proszku. Praca dość fajna i przyjemna, wstawałem o 6, szybkie śniadanie i buch w samochód do roboty ( większość osób z prawem jazdy dostawało samochód by dojeżdżać do pracy). 60 km do pracy robiłem dość szybko bo w niecałe 20 min. Po dotarciu do fabryki szybko się przebierałem i wchodziłem na mieszalnik gdzie wózkiem widłowym podawali mi palety mleka w proszku ( pochodzenia Polskiego ). Po rozpakowaniu palety wszystkie worki rozcinałem i wrzucałem do mieszalnika który w końcowym etapie pakował mleko w worki z oznaczeniem Made in Nederland. 
Po pracy lub w czasie wolnym Polaczki się nudzą. W większości albo grało się na xboxie albo paliło packi, piło browary, grało się w karty przy tv. Jako że mnie zawsze nosi podczas czasu wolnego wybraliśmy się z grupą osób z domu do Amsterdamu na 1 calutki dzień. 

Gdzie najlepiej zaparkować samochód?? Najwięcej bezpłatnych parkingów jest przy dworcach kolejowych od których dojeżdżają też tramwaje w kierunku centrum miasta. 
Każdy postrzega Amsterdam jako miasto rozpusty i słusznie. W ciągu dnia można spotkać wiele osób proponujących Ci przeróżne dragi, oprowadzanie po wszystkich kofikach w mieście. Co należy zwiedzić będąc w Amsterdamie chociaż na chwile? Oczywiście że Coffee Shop!! Magiczne miejsca gdzie można kupić palenie różnego rodzaju, różnej mocy i odmiany, zasiąść sobie spokojnie przy napoju lub zagrać coś i zapalić packa ze znajomymi. 


Miasto do małych nie należy ale najprzyjemniej zwiedza się je pieszo lub co lepsze na rowerze. Miasto posiada bardzo piękną architekturę którą przedzielają kanały, mnogość dróg rowerowych doprowadzą rowerzystę w każde miejsce w Holandii.
Do zwiedzania polecam : 
- muzeum seksu
-muzeum  marihuany
-spacer po dzielnicy czerwonych latarni 
- rejs kanałami 
-gabinet figur woskowych Madame Tussaud 
- Bazar kwiatowy - obok jest dobry Smartshop :)  
-Muzeum Heinekena - 15e


Amsterdam posiada swój  niepowtarzalny urok który będę polecał wszystkim. Przy każdej przesiadce w Amsterdamie wybieram się na miasto poczuć ten niepowtarzalny klimat pijąc piwo na Red Light District.



Więcej zdjęć znajdziecie w Galerii ( rozwijane menu po lewej stronie)







Bardzo istotna (szczególnie dla mnie) jest historia jak to sie wszystko zaczęło. Pięć lat temu moja jak sie okazało przyszła dziewczyna zaproponowała mi spontaniczny wyjazd do Paryża.  Miał być to wyjazd niskobudżetowy i to dość dosłownie. Nigdy wcześniej nie miałem styczności z kupowaniem biletu a co lepsze nie zdawałem sobie sprawy że bilet na samolot można kupić taniej niż bilet międzymiastowy. I poszło, wszystko trwało nie dłużej niż 5 minut. Wejście na stronę ryanair, wybieranie destynacji, dane z karty, szybkie nerwowe sprawdzenie i cyk, z konta poleciało 5 euro i bilet wylądował na moim mailu. Jako że nie pierwszy raz jechałem za granice nie przejmowałem się zbytnio. Kilka godzin przed wyjściem z domu spakowałem kilka koszulek, bluzę, skarpety, ręcznik, płyny do kąpieli i dezodorant, do tego dopakowałem do pełna konserw i różnego rodzaju jedzenia by nie zginąć z głodu.
Lot trwał koło 2 godzin, bez problemu wylądowaliśmy. Lotnisko Paryż-Beauvais robiło na mnie ogromne wrażenie... negatywne. Jako że za granicą bywałem czasem... na wakacjach z rodziną, wiedziałem czym to sie je ale nie sądziłem że w stolicy Francji lotnisko może wyglądać jak barak. Teraz dużo się zmieniło i ma to lotnisko mniej więcej ręce i nogi ale wtedy był to wielki szok. 
Koszt autobusu do centrum Paryża 15e ( obecnie 17), autobusy ładnie oznakowane, zaparkowane niedaleko terminala T1. Trochę nie po drodze nam było z takimi wygodami jak transport autobusem do centrum ponieważ każdy z nas miał przy sobie nie więcej niż ok 10 euro na kilka dni. Nie mając wyboru musieliśmy jechać autostopem. Dużo szukałem przed wylotem o stopie z Beauvais do Paryża ale niestety albo ludzie nie chcą się chwalić albo byliśmy pierwszymi osobami które chcą się na to porwać. 
Lotnisko Paryż-Beauvais oddalone jest od centrum na ok 90 km. Jako że nigdy nie chciałem się gubić zawsze w telefonie miałem mapy offline z lokalizacją, dość pomocna opcja przy łapaniu stopa i poruszaniu się po mieście.
Sprawdzone i chyba najlepsze miejsce na łapanie stopa. Nigdy nie stałem tam dłużej niz 10 min nawet w nocy ;)


Doszliśmy na najbliższy wylot, podzieliliśmy sie na 2 grupy, wystawiliśmy kciuki i łapiemy. Po niecałych 10 minutach zatrzymał się bardzo miły Francuz koło czterdziestki, który nie umiał a nawet nie próbował rozmawiać po angielsku. Po około 40 minutach jazdy wieża Eiffla zaczęła się pojawiać a  gdy rosła na horyzoncie proporcjonalnie wzrastała euforia. Miły pan Francuz wysadził nas przy stacji metra ( z tego zachwytu juz nawet nie pamiętam jakiej), życzył miłej wycieczki i odjechał w swoją stronę. 





Dostaliśmy się na najbrzydszą stacje metra w całym Paryżu. Brudno, smród, wyłamane bramki do metra a niektóre nie działające. W tych okolicznościach spotkaliśmy faceta który siłował się z bramką która wcięła mu jego bilet. Gość dość wysoki, ciemnoskóry zapytał nas coś po francusku a później po angielsku czy nie wiemy co tu sie dzieje, jak to naprawić? Po chwilowej gadce, opowiadaniu że my nie tutejsi, że nawet nie wiemy jak bilety w automacie kupić, pomógł nam ogarnąć wszystko i za moment siedzieliśmy juz z nim w metrze. 

Jak poruszać sie po metrze? Do dość proste. Przy każdym wejściu są wielkie mapki, do tego w informacji, obok miejsca gdzie można kopic bilet dostaje sie darmową mapkę metra. Linie klarownie są wyrysowane. Wszystkie główne monumenty ładnie wkomponowane w mapkę więc po prostu nie da sie tam zgubić. 

Pierwsze miejsce do którego pojechaliśmy? Oczywiście wieża Eiffla! Jadąc metrem musieliśmy się kilka razy przesiadać do innej linii a że z euro krucho było musieliśmy coś pokombinować.  Zauważyłem że murzyni w mniej używanych liniach po prostu przeskakują przez bramki, a co sprytniejsi Francuzi wchodzą na drugiego. Nic prostszego - gdy ktoś z przodu przechodził przez bramki z biletem, bramki się otwierały na kilka sekund wtedy podchodziło się bardzo blisko osoby z przodu i szybko przechodziło wraz z nim na jednym bilecie. A co z kanarami ktoś mnie kiedyś zapytał. Ich praktycznie nie ma, z reguły to grupy mężczyzn w mundurach lub z opaskami na ramieniu więc łatwo ich zauważyć i szybko wyjść z metra lub po prostu przesiąść się do drugiego wagonu. Gdy dojechaliśmy na miejsce szybko udaliśmy się do sklepu po tanie wina które do samego rana przy rozmowach i widoku na wieże złomiarzy towarzyszyły nam do ostatniej kropli ;)




Z samego rana ruszyliśmy w stronę pałacu królewskiego czyli Luwru. Muzeum jest ogromne, pełne dzieł sztuki o których nawet nie miałem pojęcia więc osobą zwiedzającym polecam wcześniej zaopatrzyć się w wodę. Wejście do muzeum jest w jednej z największych szklanych piramid. Oczywiście każdy musi wystać się w kolejce do rentgena takiego jak na lotnisku sprawdzającego bagaż. We Francji w większości miejsc kulturowych trzeba pozwolić przeskanować swój bagaż i siebie ze względów bezpieczeństwa. Wstęp do Luwru dla studentów bezpłatny, dostaje się bilecik z wydrukowanym 0 euro i wchodzi się dalej. 





W Paryżu strasznie szybko ucieka czas, po wizycie w muzeum postanowiliśmy odwiedzić wieże złomiarzy po raz kolejny tylko że już od "środka". Wstęp na wieże Eiffla kosztowało nas koło 7 euro ( obecnie koło 8/13 na 1 piętro i 17/19 na szczyt ) za możliwość wejścia pieszo na pierwsze piętro. Pod samą wieżą jak i w każdych ważnych dla turystów miejscach jest pełno murzynów sprzedających pamiątki jak i carabinieri. Standardowo przed wejściem na wieże trzeba dać się prześwietlić i gdy nie ma się nic co można było by zrzucić na dół z wysokości i kogoś zabić można iść dalej. Co ciekawe my mieliśmy... kilka win ;). Z bólem serca zostawiałem pełne butle wina gdzieś z boku koło krzaków z minimalną nadzieją że może je nikt nam nie ukradnie. Podczas pobytu na wieży Eiffla zaskoczyły mnie 3 sprawy. Pierwsza to jakim cudem takiego kolosa można było zbudować 1887 roku w tylko 2 lata? Druga to widoki na Paryż które były osiem razy lepsze niż sobie wyobrażałem( i to tylko z pierwszego piętra). A trzecia to że nikt nam wina nie podprowadził ;). 





Zbliżał się wieczór a my kierowaliśmy się w stronę pól Elizejskich les champs Élysées. Wtedy odezwała się mroczna strona wyjazdu czyli low cost trip. Jako że był nasz pierwszy wyjazd i do tego dość spontaniczny i praktycznie niezaplanowany, nie mieliśmy noclegu a nawet pieniędzy na niego. podróżowałem trochę ze znajomymi po Polsce, w różnych warunkach się spało i gleba mi nie straszna, nie inaczej myślałem będąc w Paryżu. Pierwsze co wpadło do głowy to klatka schodowa. Trzeba wbić się do jakiejś klatki na samą górę, tam rozłożyć się nie rzucając się w oczy i tak się przetrwa do rana-  zaproponowałem. Na nasze nieszczęście  Francja to nie Polska i tam wszystko jest tak jak ma być albo mieli już do czynienia z takimi cwaniaczkami jak my. Wszystkie kamienice szczelnie pozamykane, wszędzie albo na odcisk palca albo na kod, nawet jak juz raz wszedłem niepostrzeżenie za jakimiś osobami które wychodziły przywitałem się z drugą parą drzwi która oczywiście była zamknięta. Krążąc dość długo po Paryżu już późną nocą poznaliśmy całkiem sympatycznego faceta, który przedstawił się jako artysta i zaprosił nas do swojej galerii w której tworzył i czasem przychodził wyspać sie po imprezie. Na miejscu ugościł nas winem ( chyba dość drogim tak mi sie wydaje) i pozwolił odpocząć na kanapie. Dość wcześnie rano obudziliśmy sie wszyscy przez jedną dziewczynę z którą podróżowaliśmy Magdę. Okazało się że po całonocnej gadce o dupie i o słupie z czarującym Francuzem on zaczął się do Madzi dość mocno przystawiać. Alarm, zwijamy się wszyscy, raz raz, wypieprzamy. Nawet nie wiem nawet czy podziękowaliśmy za nocleg ale pamiętam jedynie dość chaotyczne tłumaczenie że to taki francuski żart. Witając nowy dzień udaliśmy się na spotkanie z dzwonnikiem z Notre Dame. 




Po zwiedzaniu katedry zaczęliśmy się zastanawiać jak my w sumie ku..a wrócimy do Beauvais? Wypadło pociąg. Najtańsza opcja na powrót a co się później okazało darmowa. Zdecydowaliśmy że przy okazji zwiedzimy Beauvais a jak tam będziemy dodatkowo się coś napijemy. Do dworca głównego dojechaliśmy metrem, oczywiście na gapę i z różnymi przesiadkami i dziwnymi sytuacjami i tak jak przewidywałem bardzo nie na czas. Do pociągu dosłownie biegliśmy od metra. 
Bardzo zabawnie odbieram sytuacje jak znajomi przechwalają się tym że jechali Pendolino... jechałem tym pociągiem 5 lat temu z Paryża do Beauvais i to całkowicie za darmo, po prostu Francuzi nie mają w zwyczaju sprawdzania biletów. Może im nie przychodzi do głowy że ktoś może jechać bez biletu??   Bilety powinniśmy kupić wcześniej, niestety pech lub szczęście chciało że tak bardzo się śpieszyliśmy że każdy wskoczył do pociągu z nadzieją że bilety kupi u konduktora... którego nie było. 
Do Beauvais dotarliśmy na wieczór. Miasto jak miasto, nic szczególnego i do tego nie za bardzo różniło się architekturą od niemieckich miasteczek w których czasami bywałem. Zapadał zmrok, robiło się coraz zimniej. Po kilku dniach bez porządnego odpoczynku chcieliśmy tylko odpocząć. Dowiedzieliśmy się że jeździ autobus za 1e z Beauvais na lotnisko tylko dopiero następnego dnia rano. Szybka burza mózgów, gdzie tu można iść spać? Policja!? Tylko gdzie ona jest?? Nie za wiele myśląc Kasia zapytała pierwszego lepszego przechodnia murzyna gdzie tu jest posterunek policji. Pan murzyn zaśmiał się i odprowadził nas prawie pod sam posterunek w międzyczasie podrywając moją przyszłą dziewczynę.